Prawda kosmosu, prawda ekranu

glowny.jpg

Cały świat śledził to wydarzenie z zapartym tchem. Lądowanie amerykańskich kosmonautów na Księżycu 20 lipca 1969 roku stało się natychmiast symbolem XX wieku. Jednak wiele osób uważa, że ów symbol to pic na wodę, fotomontaż wyprodukowany w Hollywood

Amerykanie nigdy nie wylądowali na Księżycu, a podbój przestworzy to twór propagandy – taka teza od lat krąży po świecie i ma coraz więcej zwolenników. Niedawno zdobyli oni kolejny dowód, rzekomo potwierdzający, że owo lądowanie to lipa. Księżycową mistyfikację określają mianem Apollo Hoax. Cóż to za dowód? Otóż oryginał taśmy, przesłanej przez załogę Apollo 11, z 1. krokiem Neila Armstronga na Księżycu, zniknął z archiwum NASA. W związku z tym faktem pojawiają się dwie teorie.
KOSMICZNE KOSZMARY ARMSTRONGA                                                                                                                          Pierwsza mówi, że nie było żadnego lądowania na Księżycu, a zdjęcia i filmy nakręcone przez astronautów – i to ze wszystkich sześciu misji – zostały nagrane w studiu filmowym, podczas gdy w tym czasie statki kosmiczne krążyły sobie po orbicie. Bill Kaysing w książce „We never went to the Moon” twierdzi, że prawdopodobieństwo powodzenia księżycowej misji było znikome, więc deklaracja prezydenta Kennedy’ego z roku 1961 – o wysłaniu załogowej misji do końca dekady – wydała mu się niewiarygodna. Parcie na bramkę było jednak ogromne, a cel miał uświęcić środki. Celem zaś było udowodnienie wyższości Stanów Zjednoczonych nad Związkiem Radzieckim, a przy okazji – odciągnięcie uwagi amerykańskiego społeczeństwa od toczącej się wojny w Wietnamie – loty skończyły się w roku wycofania się stamtąd Amerykanów. Na potwierdzenie swoich przypuszczeń Bill Kaysing przywołuje serię tajemniczych zgonów ludzi związanych z projektem lotu na Księżyc. Plus dymisję generała Samuela C. Philipsa, dyrektora programu Apollo.

Program ten zresztą stał się ofiarą ataku już w 1966 roku, a prekursorem teorii mistyfikacji okazało się Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które zarzuciło NASA fałszerstwo po opublikowaniu zdjęć Ziemi (rzecz jasna jako kuli) z pokładu statku Apollo 8. Konkurencyjna teza, potwierdzona przez tego samego Billa Kaysinga, dowodzi, że lądowanie na Księżycu się odbyło, jednak tego, co tam zobaczono, nie odważono się przedstawić szerszej publiczności. Wodą na młyn tej koncepcji były słowa Neila Armstronga wypowiedziane zaraz po wylądowaniu. Powiedział on, że po drugiej stronie krateru widział jakieś olbrzymie obiekty, prawdopodobnie statki kosmiczne, które ich obserwują. Istnieją jeszcze inne interpretacje tego, co rzeczywiście mogli zobaczyć astronauci.

Richard Hoagland twierdzi, że były to księżycowe miasta widoczne z Ziemi pod postacią ciemnych plam. Kiedyś te pozostałości zaginionej cywilizacji były osłonięte szklaną strukturą. Jedna z budowli, zwana Wieżą, ma aż 12 km wysokości. Timothy Good, specjalista od UFO, uważa, że po wylądowaniu doszło do spotkania z istotami pozaziemskimi – rzekomą rozmowę o tym podsłuchali radzieccy naukowcy. Koncept ten potwierdza Maurice Chatelain, ówczesny pracownik NASA, i dodaje, że wszystkie misje były obserwowane, potwierdzając tezę, że cała inscenizacja odbyła się po to, by zapobiec wybuchowi paniki. Ponoć już nawet podczas lotu załoga Apollo 11 sfilmowała UFO, a Buzz Aldrin, członek załogi, żałował utajnienia złożonych zeznań.

Dlaczego tak się stało? Otóż podobno rządy USA i ZSRR doskonale wiedziały, co jest grane. Zaprzeczając zaś, robiły to, by nie wejść w konflikt z kosmitami. Obcy na Księżycu to właśnie powód zaprzestania eksploracji w 1974 roku. Czyżby więc Bush jr nie został poinformowany o tym fakcie? Na to wygląda, bo wznowił program lotów na Księżyc, a w 2008 roku chce wysłać tam sondę! Zajmijmy się teraz samymi dowodami mistyfikacji. Oszustwo podejrzewał już podobno nawet Ian Fleming, czyli twórca Bonda, który zasugerował to w jednej ze scen „Diamenty są wieczne”. Problem jednak w tym, że Fleming napisał książkę w 1956 roku, a film wszedł na ekrany w roku 1971. Nieważne, szukajmy dalszych poszlak. Otóż, jak zauważono, scenografia powierzchni Marsa z filmu „Koziorożec 1” – obrazu o sfingowanej wyprawie na Marsa – dziwnie przypomina tę ze zdjęć z filmów „przesłanych” przez astronautów. Czyżby to była ta sama scenografia? Na stronie www.clavius.org można jednak przeczytać, że reżyser po prostu wzorował się na materiałach otrzymanych z NASA.

ZEMSTA OBRAŻONEGO ALDRINA                                                                                                                             Prawdziwych spiskowców takie małe porażki nie są w stanie zniechęcić. Lądowanie odbyło się w studiu i nie ma dyskusji. Na reżysera mistyfikacji wytypowano Stanleya Kubricka, który właśnie skończył kręcić (sic!) film „2001 – Odyseja kosmiczna”. A skoro popełnił taki film, to nietrudno byłoby mu osiągnąć wiarygodny efekt, preparując oszustwo dla celów politycznych. Zwłaszcza że Kubrick, jak dowiedział się autor filmu dokumentalnego „Operacja Księżyc” William Karel, był współtwórcą sukcesu programów kosmicznych NASA. Film z lądowania miał nakręcić na wypadek, gdyby astronautom nie udało się wylądować na Księżycu (czyli jednak polecieli?). A co potem? Ludzie, którzy współtworzyli ten film, zginęli w tajemniczych okolicznościach, a sam Kubrick, za zarobione pieniądze, ustawił się w Wielkiej Brytanii (istnieje też wersja, że widząc, co się dzieje, zwyczajnie uciekł przed CIA). Nie bez znaczenia jest fakt, że „2001 – Odyseja kosmiczna” nie ustrzegła się błędów natury nie tylko warsztatowej, lecz i naukowej (stan wiedzy na rok 1966) – widać pył, który opada w atmosferze, pojawiają się problemy z prawidłowym pokazaniem nieważkości. I podobne błędy popełnił potem, reżyserując lądowanie statku Apollo 11. Na przykład rzekomy spacer w warunkach nieważkości odbywał się podobno w sposób naturalny – wrażenie braku grawitacji otrzymano po prostu, zwalniając o połowę prędkość taśmy.

We wschodniej Australii zaś podczas transmisji zauważono, że w trakcie spaceru Armstronga wpadła w kadr kopnięta butelka po coli! To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. A dlaczego wśród zdjęć z pierwszej wyprawy znajduje się tylko jedno przedstawiające Neila Armstronga? To rzeczywiście było podejrzane. Ale tylko do momentu, kiedy wydało się, że jako pierwszy miał opuścić lądownik Aldrin, jednak z przyczyn technicznych – drzwi lądownika otwierały się na jego stronę – Houston zadecydowało, że to Armstrong postawi historyczny krok. I co? Aldrin zwyczajnie się obraził i być może z tego powodu strzelił szefowi tylko jedną fotkę. Fotografik David Percy przedstawił swoje wątpliwości po analizie zdjęć i filmów z misji. Głównym zarzutem jest brak gwiazd na zdjęciach. A przecież na Księżycu nie ma atmosfery, więc powinny być doskonale widoczne. Oficjalnie pracownicy NASA z uporem maniaka tłumaczą ten brak silnymi promieniami światła słonecznego.

Po prostu chodzi tu o niezdolność aparatów do sfotografowania w jednym czasie obiektu o dużej jasności – Księżyca – i drugiego o mniejszej, czyli gwiazd. Podobnie zresztą stałoby się, gdybyśmy chcieli zrobić zdjęcie gwiazd, stojąc pod latarnią. Wyjaśniają zresztą także wiele innych wątpliwości: że nierówne cienie to wynik nierównej powierzchni Księżyca; że obiekty w cieniu są oświetlone światłem odbitym od powierzchni; że kamery umieszczone były na poziomie szyi i ramion astronauty, a nie na klatce piersiowej; że brak krateru pod lądownikiem i brak pyłu księżycowego na jego „nogach” to efekt ustawienia dysz i zbyt małego ciągu silników (pył widać wyraźnie na filmie z lądowania Apolla 16); że literka C na jednym z kamieni to włos itd.

LIPA NIE LIPA, ALE KOSZTOWNA                                                                                                                                      Dosyć mocnym dowodem, że wszystko odbyło się jak trzeba i nie ma mowy o mistyfikacji, jest fakt, że Rosjanie nawet przez chwilę nie zgłaszali swoich obiekcji. Są jeszcze inne, konkretne, przesłanki: rozmieszczone na Księżycu kątowe zwierciadła do prowadzenia m.in. laserowej lokacji Księżyca oraz około 300 kg księżycowej materii. Edwin Bendyk w „Polityce” dorzuca także praktyczne korzyści, które wypływają z organizacji tej wyprawy, czyli: narzędzia zasilane akumulatorami; nowe metody cyfrowej analizy i przetwarzania obrazu; złącze typu „rzep”, żeby astronauci nie gubili narzędzi; zdalną diagnostykę medyczną; przyspieszenie prac nad technologiami ogniw fotowoltanicznych, służących do przetwarzania energii światła na elektryczną. Przyznać należy, że to sporo, jak na nagraną w studiu „lipę”. A fakt, że cały program kosztował 30 mld dolarów?

W tej kwestii sceptycy twierdzą, że zostały one przeznaczone na opłacenie milczenia uczestników spisku (to, że było ich około 400 tysięcy, skupionych w 20 tysiącach przedsiębiorstw, to już szczegół). Ten zaś, kto nie jest w stanie zdecydować się na jedną z przedstawionych wersji zdarzeń, może zawsze przyjąć pogląd tajemniczego osobnika, ukrywającego się pod pseudonimem Zły Rewizjonista, który na swojej stronie internetowej: www.revisionism.nl/Moon/The-Mad-Revisionist.htm propaguje pogląd, że… Księżyca po prostu nie ma. I w tym kontekście dyskusje – nad prawdziwym czy sfingowanym przez władzę – lądowaniem na Księżycu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Michał Mendyk

Kto zabił Dianę?

735217ce15.jpg

Co trzeci Brytyjczyk uważa, że do wypadku, w którym zginęła księżna Diana, nie doszło przypadkowo. Co drugi twierdzi, że nie wszystkie okoliczności zdarzenia wyjaśniono. Mija 10. rocznica śmierci matki przyszłego króla Anglii

Nie pomogło ani trwające ponad 2 lata śledztwo policji francuskiej, ani wznowione w styczniu 2004 i zakończone w grudniu 2006 r. niezwykle drobiazgowe dochodzenie Scotland Yardu. Wciąż co trzeci poddany brytyjskiej Korony podejrzewa, że Królowa Ludzkich Serc padła ofiarą spisku. Ktoś obliczył i media bezmyślnie to powtarzają, że powstało już ponad 36 tys. teorii, wyjaśniających „prawdziwe” okoliczności jej śmierci. Taka liczba to oczywiście absurd, gdyż samo wyliczenie tylu koncepcji wypełniłoby grubą książkę. Ale jeśli nawet ta liczba jest tysiąc razy mniejsza, wystarcza, by spiskowe teorie pobudzały wyobraźnię i stwarzały okazję do niezłego zarobku dla autorów sensacyjnych powieści, pseudobiografii czy scenariuszy filmowych. Przypomnijmy więc fakty, których nikt nie kwestionuje.

31 sierpnia 1997 r. Diana i ówczesny towarzysz jej życia Dodi al-Fayed wyszli z paryskiego hotelu Ritz. Wiedząc, że przed drzwiami czeka tłum paparazzich, skorzystali z tylnego wyjścia. Za kierownicą mercedesa 300 zasiadł Henri Paul, księżnej towarzyszył ponadto jej ochroniarz Trevor Rees-Jones. Fotoreporterzy nie dali się oszukać i, widząc odjeżdżającą limuzynę, ruszyli za nią. W tunelu Pont d’Alma rozpędzony samochód uderzył w betonowy filar. Al-Fayed i Paul zginęli na miejscu, Diana zmarła 3 godziny po przewiezieniu do szpitala, Rees-Jones został ciężko ranny.

Po stwierdzeniu zgonu i zbadaniu obrażeń ciało Diany zabalsamowano i przewieziono do Anglii. 6 września księżna Walii została pochowana w posiadłości rodu Spencerów – Althorp, na wysepce pośrodku sztucznego jeziora. Analizy laboratoryjne wykazały, że Henri Paul miał we krwi 1,7 promila alkoholu i śladowe pozostałości po lekach antydepresyjnych. Z badań śladów na jezdni wynikało, że samochód, który prowadził, jechał co najmniej z szybkością 160 km/h, biegli nie wykluczyli, że nawet 190 km.

TAJEMNICA BIAŁEGO FIATA                                                                                                                                        Wszystko wydawało się więc jasne. Jednak jeszcze przed pogrzebem Diany pojawiły się pierwsze wątpliwości dotyczące zarówno samego wypadku, jak i sposobu prowadzenia śledztwa. Początkowo były to czyste spekulacje. Zastanawiano się, dlaczego zmiażdżony samochód usunięto z tunelu już półtorej godziny po wypadku, i sugerowano, że chodziło o zatarcie śladów. W pośpiechu, z jakim balsamowano ciało księżnej, widziano z kolei zabieg mający uniemożliwić jego dokładne zbadanie. Oliwy do ognia dodała wiadomość o zaginięciu taśm z kamer w tunelu, na których podobno zarejestrowano moment wypadku.

Nie wiadomo, czy takie nagrania w ogóle istniały, ale pole do snucia teorii spiskowych zostało otwarte. Zwłaszcza gdy potwierdziły się pogłoski, że na miejscu wypadku bardzo szybko znaleźli się agenci brytyjskiego wywiadu MI6. Co prawda władze natychmiast wyjaśniły, że Diana – jak wszyscy członkowie rodziny królewskiej – podlegała z urzędu ochronie, jednak nie wszyscy dali wiarę, że chodziło tylko o rutynowe działania. Największe poruszenie wywołały opowieści o białym Fiacie Uno, który wyjechał z tunelu kilka sekund po wypadku. Do francuskiej prasy przeciekły informacje, że na roztrzaskanej masce mercedesa znaleziono ślady białego lakieru i okruchy szkła z reflektorów innego wozu. Świadkowie mieli zeznać, że widzieli w fiacie mężczyznę w wieku około 40 lat i dużego psa na siedzeniu.

Policja po kilku dniach ustaliła, że uno należało do paparazzo Jamesa Andansona. Fotograf przyznał, że był feralnego dnia w tunelu, jednak zapewnił, że nie brał udziału w kolizji. Na karoserii jego wozu odkryto odpryski ciemnej farby, ale ekspertyza wykluczyła, by pochodziły z mercedesa, którym jechała Diana. Tak przynajmniej głosił oficjalny komunikat. Jego wiarygodność została nadszarpnięta trzy lata później – 5 maja 2000 r. w lesie pod Nantes znaleziono spalony wrak samochodu. W środku znajdowały się całkowicie zwęglone zwłoki. Ich identyfikację umożliwiły dopiero testy DNA. Okazało się, że ofiarą jest 54-letni James Andanson. Miesiąc później trzech zamaskowanych mężczyzn włamało się do paryskiego biura agencji Sipa, dla której pracował. Zniknął jego laptop i twardy dysk z komputera stacjonarnego. Sprawców kradzieży nie znaleziono. Wyznawcy teorii spisku nie mieli wątpliwości, że byli to agenci tajnych służb – brytyjskich lub francuskich, a Andanson zginął, gdyż wiedział za dużo. Zdaniem policji i rodziny popełnił samobójstwo.

PODEJRZANA RODZINA                                                                                                                                                              Nie ma przestępstwa bez motywu. Pierwszy i najczęściej podchwytywany trop wskazał ojciec Dodiego al-Fayeda, egipski miliarder, właściciel 7-piętrowego londyńskiego domu towarowego Harrods i klubu piłkarskiego Fulham, Mohamed al-Fayed. Jego zdaniem śmierć Diany była – jak to ujął na konferencji prasowej w Waszyngtonie – „morderstwem na tle rasowym”. Precyzując myśl, wyjaśnił, że brytyjska rodzina królewska chciała za wszelką cenę zapobiec małżeństwu księżnej Walii z jego synem. Gdyby do tego doszło, następcy tronu – książęta William i Harry staliby się bowiem pasierbami muzułmanina. Na to konserwatywni lokatorzy pałacu Buckingham nie mogli się zgodzić. Sugestia natychmiast znalazła zwolenników w świecie arabskim, egipski prawnik Nabih Alwasi pozwał do sądu królową Elżbietę II i zażądał niemal 200 tysięcy dolarów odszkodowania za udział w antyislamskim spisku.

Nie wiadomo, czy takie nagrania w ogóle istniały, ale pole do snucia teorii spiskowych zostało otwarte. Zwłaszcza gdy potwierdziły się pogłoski, że na miejscu wypadku bardzo szybko znaleźli się agenci brytyjskiego wywiadu MI6. Co prawda władze natychmiast wyjaśniły, że Diana – jak wszyscy członkowie rodziny królewskiej – podlegała z urzędu ochronie, jednak nie wszyscy dali wiarę, że chodziło tylko o rutynowe działania. Największe poruszenie wywołały opowieści o białym Fiacie Uno, który wyjechał z tunelu kilka sekund po wypadku. Do francuskiej prasy przeciekły informacje, że na roztrzaskanej masce mercedesa znaleziono ślady białego lakieru i okruchy szkła z reflektorów innego wozu. Świadkowie mieli zeznać, że widzieli w fiacie mężczyznę w wieku około 40 lat i dużego psa na siedzeniu.

Policja po kilku dniach ustaliła, że uno należało do paparazzo Jamesa Andansona. Fotograf przyznał, że był feralnego dnia w tunelu, jednak zapewnił, że nie brał udziału w kolizji. Na karoserii jego wozu odkryto odpryski ciemnej farby, ale ekspertyza wykluczyła, by pochodziły z mercedesa, którym jechała Diana. Tak przynajmniej głosił oficjalny komunikat. Jego wiarygodność została nadszarpnięta trzy lata później – 5 maja 2000 r. w lesie pod Nantes znaleziono spalony wrak samochodu. W środku znajdowały się całkowicie zwęglone zwłoki. Ich identyfikację umożliwiły dopiero testy DNA. Okazało się, że ofiarą jest 54-letni James Andanson. Miesiąc później trzech zamaskowanych mężczyzn włamało się do paryskiego biura agencji Sipa, dla której pracował. Zniknął jego laptop i twardy dysk z komputera stacjonarnego. Sprawców kradzieży nie znaleziono. Wyznawcy teorii spisku nie mieli wątpliwości, że byli to agenci tajnych służb – brytyjskich lub francuskich, a Andanson zginął, gdyż wiedział za dużo. Zdaniem policji i rodziny popełnił samobójstwo.

Oskarżenie było tak idiotyczne i absurdalne, że musiało trafić na pierwsze strony tabloidów. Al-Fayedowi, który bez wątpienia stał za tą prowokacją, o nic innego nie chodziło – teoria spisku została nagłośniona i dotarła do milionów czytelników. Równolegle snuto spekulacje związane z księciem Karolem. Jeśli ktoś z rodziny krónalewskiej mógł mieć motyw do zbrodni – to przede wszystkim on. Po rozwodzie z Dianą stał bowiem przed dramatycznym wyborem – albo korona, albo małżeństwo z Camillą Parker- -Bowless. Brytyjski monarcha jest także głową Kościoła anglikańskiego i szanse, by tę godność otrzymał rozwodnik, który ożenił się po raz drugi, były znikome.

Śmierć Diany rozwiązywała wszystkie problemy – książę z napiętnowanego rozwodnika zmieniał się w godnego współczucia wdowca. Co więcej, mógł znów myśleć realnie i o koronie, i o ślubie z Camillą. W 2003 r. zwolennicy tej teorii uzyskali nieoczekiwane wsparcie. Dziennik „Daily Mirror” opublikował list, jaki 10 miesięcy przed śmiercią Diana napisała do zaufanego kamerdynera Paula Burella. Z listu wynikało, że księżna boi się o życie i przypuszcza, że ktoś próbował uszkodzić hamulce w jej samochodzie. W tekście znajdowało się imię lub nazwisko podejrzanego, jednak redakcja z obawy przed procesem zaczerniła je. Kamerdyner osobiście przekazał list redakcji, nie wyjaśnił jednak, dlaczego zrobił to dopiero 6 lat po wypadku.

CIĄŻA I WYWIAD                                                                                                                                                                       Oczywiście ani Elżbieta II, ani książę Karol nie organizowali zamachu osobiście. Od tego mają tajne służby. Mohamed al-Fayed wynajmował najlepszych detektywów, wydawał setki tysięcy funtów, by udowodnić, że w spisku maczali palce agenci MI6. Dwóch nawet zdemaskował, ale osiągnął niewiele – obaj przyznali, że faktycznie obserwowali Dianę, lecz robili to legalnie, zgodnie z przepisami o ochronie kontrwywiadowczej najważniejszych osób w państwie.

Szpiegowanie szpiegów nie było jednak całkowicie bezowocne. Detektywi odkryli bowiem, że księżnę podsłuchiwali agenci… wywiadu amerykańskiego. Gdy ta informacja trafiła do mediów, natychmiast pojawiły się sugestie, że spryciarze z MI6 dla całkowitego zatarcia śladów zlecili „brudną robotę” kolegom z CIA. W ten sposób spisek zaczął nabierać charakteru ogólnoświatowego. Kilka tygodni później wybuchła kolejna bomba – poważny dziennik „The Independent”, powołując się na anonimowego informatora w policji francuskiej, podał, że Diana w momencie śmierci była w ciąży. No i wszystko ułożyło się w spójną, spiskową całość. Ciąża oznaczała, że księżna poważnie myśli o wyjściu za Dodiego. Znaleziono nawet jubilera z Monte Carlo, który miał wziąć miarę z jej palca, by przygotować zaręczynowy pierścionek. Co prawda sam zainteresowany tego nie potwierdził, ale nie miało to już znaczenia dla twórców teorii. Według nich rozmowy kochanków podsłuchali Amerykanie, podzielili się informacjami z Brytyjczykami, ci przekazali je rodzinie królewskiej i zapadł wyrok. Po jego wykonaniu ciało Diany pośpiesznie zabalsamowano, gdyż formaldehyd uniemożliwia rozpoznanie wczesnej ciąży.

Dodatkowym argumentem na rzecz tej hipotezy stały się zdjęcia wykonane przez paparazzich na plaży w Saint Tropez, na których dostrzeżono lekko zaokrąglony brzuch księżnej. Protokół medyczny podpisany przez lekarkę Dominique Lecomte i stwierdzający jednoznacznie, że Diana nie była brzemienna, uznano za mistyfikację, której dokonał kolejny wywiad – tym razem francuski. Okazało się bowiem – i jest to jedyny stuprocentowo pewny element tego rozumowania – że kierowca Henri Paul był tajnym współpracownikiem francuskich służb specjalnych.

AGENT ZA KIEROWNICĄ                                                                                                                                                             Po podjęciu decyzji o zamachu należało ją wykonać, co nie było łatwym zadaniem. W niemal wszystkich teoriach spiskowych, które wyjaśniają, jak tego dokonano, kluczową rolę odgrywa Henri Paul. Kamery w hotelu Ritz zarejestrowały kilka scen poprzedzających jego wyjście z hotelu. Zachowuje się zwyczajnie, porusza pewnie, nic nie wskazuje, by miał we krwi – jak wykazały pośmiertne analizy – 1,7 promila alkoholu. Dalsze rozważania idą w kilku kierunkach. Jedna z hipotez głosi, że Paul był trzeźwy w tunelu został potrącony przez inny samochód – tajemnicze białe uno. Przy ogromnej szybkości wystarczało muśnięcie, by stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w stalowe przęsło. Dla udowodnienia, że to on zawinił, ponieważ prowadził w stanie kompletnego upojenia, podmieniono próbki krwi. Fotoreportera Andansona, który jechał tuż za mercedesem i mógł być świadkiem zamachu, zlikwidowano.

Według innej Paulowi podano środki odurzające o opóźnionym działaniu. Wyszedł więc z hotelu w pełni sił, a kilka minut później stracił kontrolę nad sobą i wozem. Śladu narkotyków nie wykryto w krwi, gdyż do badań przekazano fałszywą próbkę. Dlaczego jednak wywiad – francuski lub brytyjski – wybrał rozwiązanie, w którym musiał zginąć jego agent? Bo zdradził – odpowiada David Cohen, autor książki „Diana. Śmierć bogini”. Paul pracował oficjalnie jako szef ochrony Ritza, zarabiał około 30 tys. dolarów rocznie, ale zgromadził majątek wielokrotnie przekraczający jego dochody. Na kontach w zagranicznych bankach zdeponował ponad pół miliona dolarów. Skąd je miał? Cohen, a w ślad za nim inni łowcy sensacji, sugeruje, że działał na kilku frontach, być może również w świecie zorganizowanej przestępczości i handlarzy narkotyków. Gdy to odkryto, postanowiono za jednym zamachem rozwiązać 2 problemy – pozbyć się wiarołomnego agenta i niewygodnej księżnej.

ŻYDZI I „ŁOWCY SKÓR”                                                                                                                                                        Stałym elementem większości teorii spiskowych jest obecność w nich Żydów. Nic zatem dziwnego, że i ten wątek pojawił się w rozważaniach nad przyczynami śmierci księżnej. Egipski dziennikarz Mohamed Ragab w książce „Kto zabił Dianę?” zasugerował, że głównym celem zamachu wcale nie była ona, lecz… Dodi al-Fayed, a mówiąc precyzyjniej: jego ojciec. Błyskotliwa kariera i fortuna zdobyta przez arabskiego biznesmena stanęła kością w gardle żydowskim konkurentom, zwłaszcza że działał w intratnej i zastrzeżonej ponoć dla nich branży handlowej. Nie ma skuteczniejszego sposobu ugodzenia ojca jak zabicie mu ukochanego syna. I tajne służby Izraela, być może we współpracy z MI6, zrobiły to. Śmierć Diany była natomiast tylko przykrywką, odwracającą uwagę śledczych od rzeczywistych powodów zamachu. Mohamed al-Fayed nigdy nie odciął się od tych sugestii, wręcz przeciwnie – wielokrotnie przedstawiał się jako ofiara rasistowskich uprzedzeń. Fakt, że książka ukazała się w jego ojczystym Egipcie, pozwala przypuszczać, że był jej inspiratorem.

Czarę goryczy władz brytyjskich przelały opowieści o „łowcach skór”. Według najbardziej szokujących teorii Diana mogła przeżyć wypadek, jednak potem ją po prostu dobito. Ratownicy mieli celowo opóźniać wydobycie ciała z rozbitego samochodu, zamiast przez kilka – robili to przez 35 minut. Potem podejrzanie długo powstrzymywali się przed podjęciem zabiegu przywracającego pracę jej serca, które w pewnym momencie przestało bić. Wreszcie zadziwiająco wolno jechali do szpitala – trasę z tunelu d’Alma do szpitala Pitié Salpetriere można pokonać nocą w 5 minut, tymczasem przejazd karetki trwał niemal pół godziny. Gdy dotarła do celu, na ratunek było już za późno. Nad „niesprawnym” przebiegiem akcji mieli cały czas czuwać agenci brytyjskiego wywiadu. Pod wpływem tak przerażających oskarżeń rząd premiera Blaira podjął pod koniec 2003 r. decyzję o wznowieniu śledztwa. Na czele ekipy dochodzeniowej stanął cieszący się wielkim autorytetem i nieposzlakowaną opinią emerytowany szef Scotland Yardu sir John Stevens. Prace ruszyły na początku następnego roku i trwały ponad 30 miesięcy. Zbadano wszystko – 6 tys. stron dokumentów z pierwszego śledztwa, zgromadzone wówczas dowody rzeczowe, rewelacje prasowe i relacje świadków. Szczególnie wnikliwie sprawdzano hipotezy o podmianie próbek krwi Henri Paula i ciąży Diany. W celach porównawczych pobrano materiał genetyczny od rodziców kierowcy i stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że do podmiany nie doszło. Analiza zachowanych próbek krwi księżnej wykluczyła, by spodziewała się dziecka.

Te jednoznaczne konkluzje znalazły się w raporcie końcowym, przedstawionym w grudniu 2006 r. O tym, że sir Stevens nie dopuścił się żadnych manipulacji, świadczyło potwierdzenie doniesień o podsłuchiwaniu Diany przez wywiad amerykański oraz tajnej współpracy Paula z wywiadem francuskim. Nie zmieniało to jednak faktu, że przyczyną wypadku była nadmierna prędkość i utrata panowania nad samochodem przez pijanego kierowcę. Autor raportu zdecydowanie odrzucił możliwość udziału osób trzecich w sprowokowaniu katastrofy. Mimo to co trzeci Brytyjczyk pozostał nieprzekonany.

BOGINI                                                                                                                                                                                         Dlaczego społeczeństwo, które uchodzi za jedno z najbardziej racjonalnych w Europie, tym razem dało się uwieść zatrącającym o absurd teoriom spiskowym? Odpowiedzi szukają socjologowie, psychologowie, medio- i religioznawcy. Diana, która dzięki umiejętnej grze z mediami stała się najbardziej znaną kobietą świata, w masowej wyobraźni przekształciła się w bohaterkę z pogranicza rzeczywistości, mitu i baśni. Chociaż pochodziła z zamożnej, arystokratycznej rodziny, widziano w niej Kopciuszka, który w cudowny sposób znalazł swego księcia. Kolejne rozdziały jej życia też kojarzyły się z baśniami – była dobrą dziewczyną dręczoną przez Królową Śniegu, czyli Elżbietę II, potem Piękną w objęciach Bestii, czyli Karola, wreszcie szczęśliwą kochanką arabskiego szejka. Gdyby w tym momencie bajka skończyła się sentencją „i żyli długo i szczęśliwie”, prawdopodobnie jej gwiazda zaczęłaby powoli blednąć. Stało się jednak inaczej. Jak w klasycznym melodramacie zamiast szczęścia nadeszła śmierć. Kto bez zastanowienia potrafi wymienić szczęśliwych kochanków? Na pytanie o nieszczęśliwych odpowiadamy bez wahania – Romeo i Julia, Tristan i Izolda… Umberto Eco powiedział, że „nic bardziej nie zapada w pamięć publiczności, jak śmierć bohaterów romansu”. Teoretyk religii Gerardus van der Leeuw niemal wiek temu zauważył, że „nagła śmierć jest zjawiskiem tak nienaturalnym, że człowiek stara się znaleźć jej przyczynę. Robi to nawet wbrew temu, co podpowiada mu rozum, wbrew oczywistym faktom”.

Śmierć Diany była i nagła, i nienaturalna. I właśnie śmierć definitywnie przeniosła ją z realnego świata do sfery mitu. Bardziej lub mniej świadomie przyczyniła się do tego również decyzja rodziny Spencerów o pochowaniu księżnej na wyspie. W tradycji celtyckiej i staroangielskiej wyspy były bowiem miejscem wiecznego pobytu heroicznych postaci, wystarczy wspomnieć Avalon i króla Artura. Niepogodzony z utratą syna Mohamed al-Fayed stworzył z kolei dostosowane do dzisiejszych wyobrażeń fundamenty mitu – wiarę w nieprzypadkowe przyczyny śmierci, wszechobecność tajnych służb, złowrogie intrygi wielkich tego świata. Media utrwaliły tę konstrukcję i Diana żyje już dzisiaj w innym wymiarze – dostępnym tylko dla bohaterów legend i baśni. Zwyczajni śmiertelnicy coraz częściej nazywają ją „boginią”, a w świcie bogiń możliwe jest wszystko.

Kazimierz Pytko

Z klątwą im do twarzy

3694f40050.jpg

Klątwy towarzyszą ludzkości niemal od samego jej początku. Po co samemu zabijać wroga, skoro można – zachowując czyste ręce – skorzystać z dobrodziejstwa uroku? Niekoniecznie osobistego

Niespełna rok temu mieszkańcy Bytomia zwrócili się do arcybiskupa z prośbą o interwencję u papieża. Chodziło o to, by Benedykt XVI zdjął z miasta klątwę, nałożoną w 1367 roku po straceniu dwóch miejscowych duchownych, a której skutkiem miałby być trwający do dziś upadek miasta. Jakieś 40 tys. lat wcześniej w jaskini Montespan grupa paleolitycznych myśliwych tańczyła tzw. taniec okrężny wokół upolowanego zwierzęcia, usiłując uspokoić jego duszę, a tym samym uniknąć przekleństwa, jakie mógłby wywołać nieuzasadniony mord. Musieli robić to często i w podobnym układzie choreograficznym, skoro na glinianej podłodze jaskini do dziś można oglądać ślady ich stóp.

PRZEKLEŃSTWO STWORZENIA                                                                                                                                                 Jak widać, dziesiątki tysięcy lat nie mają większego wpływu na ludzkie schematy myślenia. I zabobonni Ślązacy, i uzbrojone w dzidy paleoantropy założyli istnienie siły wyższej – ale nie wszechmocnej, boskiej – lecz tej innego kalibru. Takiej, którą w określony sposób można nagiąć do swoich potrzeb. Nie tylko zresztą oni. Niezależnie od stopnia złożoności systemów religijnych, liczby czczonych w nich bogów czy subtelności teologicznych konstrukcji na ich temat, przekonanie o obecności ponadzmysłowych sił, które wpływają na ludzki los, było jądrem religijności wszystkich znanych kultur, a próby zdobycia nad nimi kontroli lub przynajmniej zapewnienia sobie ich życzliwości – impulsem do stworzenia zrytualizowanych religii. Magia fundamentem religii? Brzmi to jak myśl godna stosu, ale w rzeczywistości myślenie magiczne z łatwością da się wyłowić zarówno w syberyjskim szamanizmie, jak i współczesnym chrześcijaństwie; przesiąknięte są nim archaiczne rytuały Aborygenów, ale nie mniej jego elementów wiruje do dziś w judaizmie i islamie. Wszędzie też – w każdym czasie i miejscu geograficznym – spotykamy się z najpotężniejszym magicznym orężem, czyli klątwą.

Czym więc właściwie jest klątwa? Cofając się w głąb historii, znajdziemy ją czasem w roli obiektywnej siły kosmicznej, niemal zasady stwórczej niezbędnej do ukształtowania znanego nam świata. Kiedy indziej jako karę za naruszenie pewnych społeczno-religijnych norm, ale przecież równie często jako możliwe do kupienia za pieniądze narzędzie małej ludzkiej złośliwości. Czasem jest nieuchronna, w innym miejscu i czasie z łatwością można się jej przeciwstawić odpowiednimi słowami, gestami czy przedmiotami. Obszar znaczeniowy słowa klątwa jest tak szeroki, że nie istnieje wyczerpująca jej definicja. Chociaż wszystkie mity kosmogoniczne różnią się od siebie w mniej lub bardziej istotnych szczegółach, mają to do siebie, że w przytłaczającej większości opisują powstanie świata, a często też człowieka, jako skutek konfliktu.

Na Słowiańszczyźnie rosyjscy etnografowie odnotowali schrystianizowaną wersję starszego mitu, w którym ziemia tworzy się i rozrasta pod stopami ganiających się w tę i z powrotem Boga i demona. W starożytnej Mezopotamii Ziemia i Niebo powstają z ciała bogini Tiamat zabitej w wyniku długotrwałej walki z młodszym bogiem Mardukiem. W Indiach – jak czytamy w „Rygwedzie” – bóg Indra przez samo tylko zwycięstwo nad wężem Wrytrą (uosobieniem chaosu) stworzył słońce, niebo, jutrzenkę, a wśród plemion germańskich Odyn, Wili i We z ciała zabitego przez siebie olbrzyma Yrmira zrobili ziemię, a z jego czaszki sklepienie niebieskie.

W żadnym z tych mitów nie pada słowo klątwa – żadne antropomorficzne czy choćby upostaciowione bóstwo nie przeklina świata i zamieszkującego go stworzenia. A jednak owa klątwa nieustannie wisi w powietrzu. Zabicie starszych bóstw, symbolizujące przełamanie pewnych odwiecznych zasad, obarcza młodsze pokolenia bogów i, rzecz jasna, ich dzieło przekleństwem. Mircea Eliade odnajduje taką myśl w przytoczonym już sumeryjskim micie o Tiamat i Marduku. Otóż, gdy ze związku Tiamat i Apsu narodzili się młodzi bogowie, w niebie zapanował nieznośny gwar. Zirytowany nim Apsu rzekł do Tiamat: „Chcę ich zniszczyć! Swawolę ich ukrócić, aby cisza zapanowała, byśmy mogli wreszcie spać”. Eliade jest przekonany, że „w strofach tych odczytać można tęsknotę materii za pierwotną nieruchomością, sprzeciw wobec wszelkiego ruchu”. Cóż, Apsu wkrótce został uśpiony – nomen omen magicznymi inkantacjami – i zabity. Przeklęty świat już bez przeszkód wkroczył w nową erę.

KOPIUJĄC NIEBO                                                                                                                                                                              W archaicznych wyobrażeniach wszystko, co działo się na Ziemi, było jedynie odtworzeniem wydarzeń mających miejsce w świecie boskim. W australijskim plemieniu Wunambalów inicjacyjne obrzezanie chłopców tłumaczy się tym, że w Czasie Snu (czas mityczny) jeden z przodków, dokonując na sobie tej czynności, stworzył błyskawicę i ogień. Wszystkie mezopotamskie miasta zbudowane były na planie architektonicznym, dostarczonym – jak przekonują mity – bezpośrednio przez bogów opiekujących się danym miastem i będących dokładnymi kopiami ich niebiańskich siedzib.

Przykłady można mnożyć, ale wszystko sprowadza się do tego, że granica dzieląca sacrum od profanum była w dawnych wiekach bardzo nieostra, a życie społeczne postrzegano jedynie jako aspekt życia boskiego. Stąd już tylko krok do uznania praw, zasad społecznych, pewnych przestrzeni i gestów za uświęcone. Kara za ich złamanie ściągała na sprawców klątwę boską. Oczywiście im głębiej w historię, im bardziej archaiczne są struktury, na jakich opiera się dana społeczność, tym bardziej święta przestrzeń zwiększa swój zasięg, a zakazy stają się bardziej rygorystyczne. Wśród licznych plemion Australii, Oceanii i Afryki zakazane jest jedzenie zwierzęcia totemicznego, gdyż uważa się, że jego ciało jest tożsame z ogółem plemienia. Konsumpcja takiego zwierzęcia byłaby więc de facto aktem kanibalizmu.

Osoba przekraczająca to tabu podlega klątwie, która jeszcze w XIX wieku bywała całkiem śmiertelna. Andrzej Szyjewski w „Religiach Australii” przytacza przykład niejakiego McAlpine’a, który zatrudniał w latach 1856–1857 młodego Kurnaja. „Był młody i silny. Kiedy pewnego dnia tubylec ten okazał się być jednak chory, wyjaśnił swemu panu, że zrobił coś, czego nie powinien był robić. Ukradł samiczkę oposa, chociaż nie wolno mu było jej jeść. Zostało to odkryte przez starszych. Wiedział, że już nie urośnie. Położył się, można powiedzieć pod wpływem tej wiary, i nie podniósł nigdy więcej; umarł po trzech tygodniach”. Riedel przytaczał historię młodego, świeżo nawróconego na chrześcijaństwo Polinezyjczyka, który za namową misjonarza wykąpał się w jeziorze. A było to zagrożone karą śmierci. Pechowy amator kąpieli wkrótce po tym zachorował i zmarł.

Można tu wdawać się w dyskusję o psychologicznym podłożu tych śmierci. Tyle, że w tym przypadku nie ma to żadnego znaczenia – czy dosięgła ich ręka bóstwa, czy zmarli z przerażenia własnym czynem. Jak się przekonali – dla nich klątwa była realna. Przekleństwo wywołane złamaniem tabu często tłumaczy też mizerną kondycję człowieka – od zawsze mającego dość niskie mniemanie o swoim życiu. Najbardziej znana na świecie historia dotyczy oczywiście wygnania Adama i Ewy z raju, a tym samym skazania ich, a wraz z nimi wszystkich ludzi, na śmiertelność i wszelkie możliwe nieszczęścia. Jakiekolwiek były przyczyny zakazu zrywania owoców z Drzewa Poznania Dobra i Zła – zakaz istniał, a pierwsi rodzice go złamali.

KOBIETA Z KIJEM                                                                                                                                                                        Ciekawy mit, nieco podobny do biblijnej opowieści o wieży Babel, znamy z Ghany. Pewna kobieta dawno temu, bijąc fufu (lokalna potrawa), tak bardzo zamachnęła się swoim kijem, że aż sięgnęła Królestwa samego Boga – Niame Najwyższego. Wyrozumiały Bóg przesunął swoją siedzibę wyżej w niebiosa. Granica Ziemi i Nieba nie była wtedy jeszcze wyraźnie oznaczona, a ludzie byli nieśmiertelni. Ale ciekawska kobieta, przy pomocy innych gospodyń, ustawiła stępy (prymitywne moździerze – przyp. red.) jedną na drugą, próbując w ten sposób sięgnąć Królestwa Boga. Tak powstała wieża nie była wystarczająco wysoka. Kobieta postanowiła więc podwyższyć ją, używając stępy znajdującej się u podstawy.

Wraz z runięciem całej konstrukcji skończyło się też błogie i niemające kresu życie ludzi, a Królestwo Boże na zawsze oddzieliło się od ich Ziemi. Wszystkie przedmioty i miejsca w oczywisty sposób związane z kultem z natury rzeczy ściągały klątwę – karę boską – na chcących je zbezcześcić. Trudno tu powstrzymać się od małego skoku w świat średniowiecznej wyobraźni i sposobu jej artykułowania. Oto w jaki sposób Wincenty Kadłubek opowiada na kartach swojej kroniki o karze za próbę zbrukania świętości. Otóż pogańscy Pomorzanie postanowili pewnego dnia porwać dla okupu arcybiskupa gnieźnieńskiego Marcina, gdy ten odprawiał mszę w Spicymierzu. Wojownicy wdarli się do świątyni i chociaż nie udało im się dostać kapłana, gdyż ten „zaiste, tak już wzbił się wysoko w rozważaniu, tak też uniósł się w górę z ciałem”, nie uniknęli kary za wtargnięcie do świątyni. „Zarówno bowiem samych napastników, jak żony i dzieci ich porwał nagły jakowyś szał, tak że wzajemnie godzili na siebie to mieczem, to kamieniami lub kijami (…) Od tej zarazy przeważna część ich ginie wśród okropnego ryku i strasznego szamotania. I tak długo byli dręczeni, aż zrozumiawszy przyczynę kary i świętości odsyłają arcybiskupowi i przyrzekają, że taką samą ilość pieniędzy, jakiej przedtem żądali od arcydiakona, złożą za pogwałcenie nietykalności”. Ciekawe, że klątwa nie spadła na Bolesława Śmiałego za poćwiartowanie – wszak także przy ołtarzu – biskupa Stanisława. To już jednak zupełnie inna historia.

Klątwy miejsc i przedmiotów chyba najsilniej do dziś zapładniają wyobraźnię twórców i odbiorców popkultury. Horrory o nawiedzonych domach, powracający jak bumerang w literaturze motyw klątwy Tutanchamona, wszystko to najlepiej świadczy o popularności tego typu wątków. Twórcy literatury i filmów klasy B doskonale wiedzą, co najbardziej interesuje masowego odbiorcę.

PRYWATYZACJA ZAKLĘCIA                                                                                                                                                Pesymizm i przekonanie, że świat jest zły, a człowiek mały i prawie bezbronny, nie jest bynajmniej wynalazkiem Sorena Kierkegaarda i XIX-wiecznych egzystencjalistów. Podczas gdy dziś panaceum na targające nami nieszczęścia staramy się dostrzegać w nauce, w dawnych wiekach orężem do walki z nimi była, rzecz jasna, magia. Już neandertalczyk chował swoich zmarłych z zachowaniem odpowiedniego rytuału (ślady kwiatów i czerwonego barwnika – ochry – powszechnie symbolizującej krew, a więc życie), co zapewne miało zapewnić zmarłemu odrodzenie.

Z biegiem czasu rytuały stawały się subtelniejsze, a wraz z rozwojem mowy i języka dołączyły do nich zaklęcia, mające choćby na jakiś czas zakrzywić nieuchronne prawa natury. W celach najzupełniej prywatnych albo politycznych. Ze starożytnego Babilonu znamy na przykład sposób odwrócenia klątwy rzuconej na człowieka. Wystarczyło w odpowiedni sposób powiedzieć: „Moja czarownica i mój czarownik siedzą w cieniu stosu cegieł. Ona siedzi i rzuca na mnie czary, sporządza mój wizerunek. Ślę przeciwko tobie zioło haszu i sezamu. Rozpraszam twoje czary, wciskam ci twoje słowo z powrotem w usta. Czary, które na mnie rzuciłaś, niechaj obrócą się przeciwko tobie! Wizerunki, które sporządziłaś, niechaj będą użyte przeciwko tobie! Woda, której zaczerpnęłaś, niechaj posłuży przeciwko tobie! Twoje zaklęcia się mnie nie imają! Twoje słowa mnie nie dosięgną!”. Ale bynajmniej nie trzeba cofać się o 4 tysiące lat, by spotkać się przekonaniem, że odpowiednie formuły są w stanie zapobiegać złu. James Frazer w swojej słynnej „Złotej gałęzi” pisze: „Tak więc dowiadujemy się, że we współczesnej (koniec XIX wieku) Francji większość chłopów wierzy nadal, iż ksiądz posiada tajną i nieodpartą władzę nad żywiołami. Przez odmówienie pewnych modlitw jemu tylko znanych, i które tylko on ma prawo odmawiać, za co musi potem prosić o rozgrzeszenie, może w wypadkach grożącego niebezpieczeństwa wstrzymać lub odwrócić na chwilę działanie praw wieczystych świata fizycznego. Rozkazuje wiatrom, burzom, gradowi i deszczowi, które są mu posłuszne. Podlega mu również ogień i płomienie – pożary gasną na jego słowo”.

Niespełna trzydzieści lat temu Bob Marley i rozwijający się wokół niego rastafarianizm ostro zwalczał zwyczaje magiczne zakorzenione od wieków na Jamajce wśród czarnej populacji ludu Akan. Wierzy się tam mianowicie, że odpowiednio przygotowane osoby, obeahmani, są w stanie swobodnie manipulować jednym z trzech rodzajów duszy zmarłego, duchem duppy. Do tej samej kategorii należy karaibska mieszanina chrześcijaństwa i magii voodoo. W Indiach jeszcze na początku ubiegłego wieku powszechne było powiedzenie: Cały wszechświat podlega bogom. Bogowie zaklęciom. Zaklęcia braminom. Dlatego bramini są naszymi bogami.

ZEMSTA TEMPLARIUSZA                                                                                                                                                      Ciekawego przykładu wykorzystania klątwy w celach doraźnych dostarcza historia chrześcijaństwa. Jeszcze w późnej starożytności, w czasach dyskusji nad kanonem Biblii i sporów chrystologicznych, biskupi nakładali ją lekką ręką na „heretyków”, w średniowieczu obkładano nią lekką ręką przeciwników politycznych, by wspomnieć tę najsłynniejszą, rzuconą przez papieża Grzegorza VII na cesarza Henryka IV. Oczywiście chrześcijaństwo nigdy nie przyznałoby się do stosowania zabiegów magicznych. Oficjalna doktryna klątwy – nazywanej też anatemą, a dziś ekskomuniką (w islamie jej odpowiednikiem jest takfir) – głosi, że jest ona po prostu wykluczeniem ze wspólnoty wiernych, odłączeniem od „ciała Chrystusa”, czyli Kościoła.

Nie przeszkodziło to oczywiście płonącemu na stosie mistrzowi templariuszy Jaques’owi de Molay obłożyć klątwą papieża Klemensa V i króla Francji Filipa IV. „Klemensie, sędzio niesprawiedliwy, powołuję ciebie przed Sąd Boży w 40 dni od dnia dzisiejszego – miał powiedzieć de Molay wśród płomieni – a ciebie królu Filipie, równie niesprawiedliwy, w ciągu roku jednego”. Klątwa okazała się bardzo skuteczna – obaj przeklęci zmarli w wyznaczonych przez templariusza terminach. Na razie nie zarejestrowano zgubnych efektów klątw, którymi trzy lata temu obrzucał Stany Zjednoczone kler islamski podczas ramadanu.

Nie sposób wyliczyć wszystkich przykładów rzucania klątw bądź zaklęć chroniących przed klątwami. Spluwanie przez lewe ramię, wieszanie amuletów, wizyty u wróżek czy stosowanie się do astrologicznych porad w pismach kobiecych lub choćby picie „magicznych” herbat jest dziś dokładnym powtórzeniem zachowań, które od czasów prahistorycznych demonstrowali nasi przodkowie. Paradoksalnie myślenie magiczne zyskało potężnego sprzymierzeńca w postaci nowoczesnych technologii. Kilka dni temu abonenci jednego z operatorów telefonii komórkowej otrzymali sms-em pytanie-ofertę następującej treści: „Rzuć klątwę na swoich wrogów, sprowadź na kogoś nieszczęście, zemścij się za doznane krzywdy!”. A na jednej z niezliczonych „magicznych” stron internetowych oferujących szeroki asortyment klątw pojawiło się ogłoszenie: „W związku z dużym zainteresowaniem nastąpiły opóźnienia w realizacji zleceń”.

Wojciech Lada

Napisz odpowiedź