W z@lewie śmieci

1_03.jpg

Uważaj! Twój komputer może żyć własnym życiem i robić rzeczy, których trzeba się wstydzić!

 Na pewno je widziałeś. Niechciane i niepotrzebne e-maile zachęcające do zakupu viagry, wypróbowania niezawodnego środka na powiększenie penisa czy skorzystania z niezwykłej okazji zakupu akcji. Codziennie do twojej skrzynki może trafić ich nawet kilkaset. Wyrzucając mozolnie pocztowe śmiecie zwane spamem zastanawiasz się pewnie, kto ma dość samozaparcia, by bez przerwy rozsyłać takie ilości reklam.

Odpowiedź może być zupełnie zaskakująca – być może robi to twój własny komputer! Cały ten zalew nachalnych reklam stał się potężnym, niezwykle dochodowym biznesem. Choć nie przynosi jeszcze takich zysków jak handel narkotykami, to często staje się nowym źródłem finansowania dla organizacji przestępczych o międzynarodowym zasięgu. Jeszcze kilka lat temu wysyłaniem e-maili zajmowali się sami spamerzy. Poszukiwali niezabezpieczonych serwerów pocztowych, które pozwalały dowolnej osobie wysłać list o dowolnej treści i „przepychali” przez nie ogromne ilości listów wysyłanych na adresy, które udało się zdobyć czy ukraść gdzieś w Internecie. Cała operacja była dość czasochłonna i wymagała inwestycji w sprzęt oraz łącza internetowe.

ZOMBIE NA BIURKU                                                                                                                                                                        Jednak w 2002 roku pojawił się nowy sposób na zaśmiecanie Internetu – sieci zombie. Zombie to komputer, nad którym kontrolę przejął ktoś z zewnątrz i wykorzystuje go do własnych celów. Zwykle taka infekcja zaczyna się od wejścia na odpowiednio przygotowaną stronę internetową, która na różne sposoby stara się zainstalować na komputerze niebezpieczny program. Jeśli użytkownik nie dba o system operacyjny i nie instaluje pojawiających się okresowo łatek, zjadliwy kod może się wkraść do maszyny nawet bez wiedzy jej właściciela.

Ci bardziej zapobiegliwi mogą zostać złapani na jedną z licznych sztuczek – na przykład strona oferuje do obejrzenia wyjątkowo ciekawy klip filmowy, ale warunkiem jest zainstalowanie małego programu, który rzekomo jest niezbędny do odtworzenia materiału. Oczywiście zgoda na instalację jest równoznaczna z zainfekowaniem komputera. Ciekawostką może być fakt, że z badań firmy McAfee wynika, że Polacy najczęściej łapią się na materiały o Dodzie, a Amerykanie – o Paris Hilton. Gdy niebezpiecznemu programowi uda się już dostać do komputera, czym prędzej kontaktuje się z człowiekiem zarządzającym całą siecią podobnych maszyn i składa meldunek: „Jestem gotowy, czekam na rozkazy”. To moment, w którym żegnamy się z kontrolą nad własną maszyną. Tylko od tajemniczego szefa siatki zależy, w jakim stopniu pozwoli nam korzystać ze sprzętu stojącego na naszym własnym biurku. Zwykle nawet nie zauważamy, że cokolwiek się zmieniło – najwyżej częściej miga lampka twardego dysku lub nieco bardziej obciążone jest łącze internetowe. Ale równie dobrze może okazać się, że nasz komputer restartuje się bez przerwy lub że nie możemy nawet uruchomić systemu operacyjnego.

Najczęściej sieci komputerów zombie stają się automatami do rozsyłania spamu. Część maszyn zajmuje się poszukiwaniem adresów ofiar, a reszta wykorzystywana jest do tworzenia i rozsyłania samych e-maili. To zarządzający siecią decyduje, jaki moduł programu pobierze z Internetu dany komputer i jaką część pracy będzie wykonywał. Taki podział zadań zapewnia doskonałą opłacalność całego interesu – sam spamer nie musi angażować mocy swojego komputera ani zapychać sobie łącza internetowego, bo w jego imieniu robią to nieświadomi niczego internauci. Ilość i rozmiar sieci zombie trudno ocenić, jednak generowany przez nie ruch jest ogromny. Według różnych ocen od 60 nawet do 90 procent wszystkich maili przesyłanych przez Internet to właśnie spam. Po stworzeniu takiej siatki opętanych komputerów jej operator wystawia na sprzedaż swoje usługi. Zależnie od tego, kto gotów jest zapłacić najwięcej, maszyny zombie mogą rozsyłać na przykład wiadomości zachęcające do odwiedzenia strony sprzedającej wyprodukowaną nielegalnie, tanią viagrę czy cialis, proponować powiększenie penisa o 30 procent w ciągu kilku dni, oferować podróbki zegarków Rolex czy Tag Heuer.

Zdarzają się też akcje specjalne – na przykład na początku sierpnia pojawił się prawdziwy zalew maili zachęcających do zakupu akcji mało znanej i nie rokującej specjalnych nadziei na zysk amerykańskiej spółki. Ponieważ listów wysłano miliony, niewielka część odbiorców dała się nabrać na obietnice zysku i skusiła się na zakup papierów. Oczywiście było to oszustwo – spekulant, który zamówił u spamerów taką akcję propagandową, tylko czekał na wzrost zainteresowania spółką i czym prędzej pozbył się jej akcji ze sporym zyskiem.

WALKA NA OBRAZKI                                                                                                                                                             Naturalnie spece od komputerowych zabezpieczeń nie przyglądają się temu wszystkiemu bezczynnie. Od dawna tworzone są specjalne filtry, których zadaniem jest rozpoznawanie i wyłapywanie spamu. Kiedyś było to stosunkowo łatwe zadanie – wiadomo było, jakie słowa najczęściej pojawiają się w niechcianych reklamach i to ich pojawienie się decydowało o zablokowaniu danego listu. Jednak z czasem spamerzy stali się znacznie sprytniejsi. Najpierw zaczęli zastępować normalny tekst e-maila obrazkiem, na którym był wypisany reklamowy tekst. Rozpoznanie liter przesyłanych w formie grafiki było sporą przeszkodą dla automatycznych systemów, jednak po jakimś czasie udało się wypracować procedury filtrujące i takie przesyłki. Gdy rozpoznawano jeden typ obrazka jako spam, rozsyłano jego wzór do systemów ochronnych na całym świecie i błyskawicznie powstrzymywano jego rozprzestrzenianie się. Kolejny ruch należał do spamerów – skoro systemy nauczyły się reagować na określoną grafikę, to zaczęli oni wprowadzać programy, które nieznacznie zmieniały każdy wysłany list. Dodawały losowe kropki, kreski i znaczki, które nie wpływały na czytelność wiadomości, ale ogłupiały systemy ochronne. W połowie tego roku zaczęto sobie i z tym radzić, więc kolejnym posunięciem było zastąpienie grafiki plikami w formacie pdf. Przepychanka trwa – gdy dany rodzaj spamu zostaje zatrzymany, błyskawicznie pojawia się kolejny.

Takie zmiany odbywają się nawet kilka razy dziennie. Przeglądając przychodzące wiadomości śmiecie, łatwo dostrzec kolejne trendy. Jak na razie spamerzy wciąż o krok wyprzedzają systemy ochronne – każdy niechciany mail, który dociera do naszej skrzynki, jest tego potwierdzeniem. Czy ta wojna kiedyś się zakończy? To zależy od nas samych. Po pierwsze musimy zadbać o zabezpieczenie własnych komputerów, po drugie nigdy nie zaglądać na strony reklamowane przez spamerów.

Piotr Stanisławski

Witajcie w najlepszych czasach

text5.jpg

Podobno zasadnicza różnica między Amerykaninem a Polakiem widoczna jest w odpowiedzi na najpowszechniejsze pozdrowienie- pytanie: „Jak się masz?”. „Dziękuję, dobrze!” – mówi uśmiechnięty mieszkaniec USA. „Oj, jakoś ciągnę, ale ciężko jest…” – wzdycha obywatel kraju nad Wisłą. To nastawienie nie zmienia się zbytnio mimo rozwoju gospodarczego, spadającego bezrobocia i większego poczucia bezpieczeństwa. Czyżby oznaczało to, że pesymizm mamy w genach?
BOLESNE LEKCJE DZIEJÓW
Do pewnego stopnia pewnie tak. Ostatecznie Stany Zjednoczone to kraj emigrantów, którzy mieli tyle hartu ducha, by porzucić macierzyste kraje i ruszyć za chlebem za ocean. Polacy natomiast od wieków siedzą w mniej więcej jednym miejscu, obrywając co chwila po głowie od często niesympatycznych sąsiadów. W takich warunkach selekcja naturalna nie miała warunków do wypromowania przesadnego optymizmu. Niepodległość jest dla nas nadal stosunkowo świeżym doświadczeniem i pewnie będzie musiało minąć jeszcze kilkadziesiąt lat, zanim w pełni docenimy jej niewątpliwe uroki.
CORAZ ZDROWSI
Polacy żyją dłużej i ta tendencja ma szanse się utrzymać przez następne dziesięciolecia.Jeśli wierzyć antropologom, całkiem niezłą kondycją cieszyli się nasi praprzodkowie z epoki paleolitu. Ich zbieracko-łowiecka dieta była dobrze zbilansowana, tryb życia wymuszał dużą aktywność fizyczną, nieznane były epidemie chorób zakaźnych. Wszystko zmienił wynalazek rolnictwa, które z jednej strony popsuło naszą dietę, a z drugiej – skłoniło ludzkość do tworzenia osad, wsi i miast, a także gromadzenia dóbr. Na skutki pod postacią chorób i wojen nie trzeba było długo czekać. I z tego przykrego dziedzictwa leczymy się do dziś. Przez stulecia postępów medycyny i higieny udało nam się tylko wygrać kilka wielkich bitew – dzięki broni takiej jak uzdatnianie wody, szczepionki czy antybiotyki – ale wojna cały czas trwa. Nie zmienia to jednak faktu, że dziś – mimo fatalnej kondycji tzw. publicznej służby zdrowia – żyje nam się najzdrowiej w całej dotychczasowej historii. Nigdy bowiem średnia długość życia Polaków (najważniejszy wskaźnik kondycji całego społeczeństwa) nie była tak wysoka jak dziś. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego chłopiec urodzony w 2006 r. dożyje średnio 71 lat, a dziewczynka – prawie 80! A warto pamiętać, że tuż po wojnie liczby te wynosiły odpowiednio ok. 56 i 61, a jeszcze niedawno, bo w latach 80. XX wieku – 67 i 75. Co się zmieniło od tamtej pory? Skończyła się wojna i związane z nią problemy. Znaczące jednak są także zmiany, do których doszło w ciągu ostatnich kilkunastu lat – ustroju politycznego i systemu gospodarczego. Z badań naukowych niezbicie wynika, że demokracja i wolny rynek służą zdrowiu – przede wszystkim poprzez zwiększanie dostępu do pełnowartościowej, niedrogiej żywności. Za czasów PRL państwo dotowało niezdrowe produkty, m.in. tłuszcze zwierzęce. Po 1991 r. znacznie staniały produkty roślinne, w tym oleje i margaryny, których średnie spożycie wzrosło ponaddwukrotnie. Inny ważny element to świeże warzywa i owoce, zwłaszcza południowe, dostępne w sprzedaży praktycznie przez cały rok – bogate źródło witamin, mikroelementów i błonnika. Nie bez znaczenia były również kampanie antytytoniowe, dzięki którym znacznie spadła liczba palaczy wśród mężczyzn. Tak więc, cokolwiek by wygadywali politycy, kapitalizm nam służy.

Kazimierz Pytko, Jan Stradowski
Foto: Corbis
Czytaj więcej w Focus 02/2008

 

Nowy zmysł?

text1.jpg
Badania nad telepatią prowadzą na całym świecie zarówno setki naukowców, jak i osób zajmujących się parapsychologią. Wyścig trwa, tym bardziej że na zwycięzcę czeka sowita nagroda. Fundacja Jamesa Randiego, słynnego amerykańskiego iluzjonisty i sceptyka badającego zjawiska nadprzyrodzone, zaoferowała milion dolarów każdemu, kto udowodni, że istnieją zjawiska paranormalne, w tym telepatia. Próba ma być przeprowadzona w laboratoryjnych warunkach.
ROZMOWY Z KAMIENIAMI                                                                                                                                               Telepatia wydaje się czymś oczywistym dla przedstawicieli kultur, które jeszcze nie do końca dały się przytłoczyć cywilizacji. Kahuni, czyli hawajscy szamani, za pomocą myśli kontaktują się ze swoimi zmarłymi. Przechadzkę na cmentarz traktują jak wizytę u krewnego, z którym trzeba od czasu do czasu pogadać. W ten sposób proszą o radę albo zwierzają się ze swoich problemów. Australijscy aborygeni twierdzą, że porozumiewają się bez użycia słów nie tylko ze sobą, ale również z drzewami i kamieniami. Marlo Morgan, amerykańska psycholog, która przez kilka lat pracowała w Australii, wraz z plemieniem aborygenów udała się w pieszą podróż w poprzek kontynentu. Podczas wędrówki prowadzący grupę nagle zatrzymał się. Chwilę stał w ciszy z wyciągniętymi dłońmi. Po kilku minutach oświadczył, że myśliwy, którego wysłał po jedzenie, jest o kilka godzin przed grupą i upolował kangura. Nie ma jednak siły nieść zwierzaka z ciężkim ogonem, pyta więc, czy może ten ogon obciąć. Plemię się zgodziło, a po kilku godzinach – ku zdumieniu dr Morgan – łowca przyniósł zwierzę, oczywiście bez ogona. Dla aborygenów nie było w tym nic niezwykłego. To dla nich całkowicie naturalny sposób porozumiewania się. Przed polowaniem aborygeni zwracali się do zwierząt, przepraszając, że je zabiją. Ofiary – jakby słyszały te głosy – widząc myśliwych, nie uciekały i spokojnie im się poddawały. Wzmianki o percepcji pozazmysłowej pojawiają się zresztą już w Biblii, wtedy jednak przypisywane były ingerencji istot wyższych. Teraz wiele osób uważa, że porozumiewania pozazmysłowego można się nauczyć. Potrzebny jest spokój i skupienie, by wejść w stan, który pozwala na synchronizację półkul mózgowych i lepsze wykorzystanie sił umysłu.
CO JEST W KOPERCIE?                                                                                                                                                               Lech Emfazy Stefański, legendarny polski psychotronik, nanosi na kartkę kontury jakiegoś przedmiotu i wkłada rysunek do koperty. Zamyka ją i kładzie na wysokiej szafie. „Teraz każdy z was weźmie do ręki coś do pisania i bez namysłu narysuje to, co znajduje się w kopercie” – wydaje polecenie grupie. Uczestnicy spotkania szybko bazgrzą w zeszytach. Po kilku minutach Stefański otwiera kopertę i pokazuje rysunek czegoś w kształcie butelki, na której końcu znajduje się słońce. Kształty są proste, niemal dziecinne. „Komu się udało?” – pyta. Dziewczyna z końca sali podnosi swój szkic. Jest niemal identyczny jak ten schowany w kopercie. Rysunki innych osób nie są tak dokładne, jednak podobne do „oryginału”. Tak wyglądają codzienne lekcje w krakowskim Policealnym Studium Psychotroniki im. Juliana Ochorowicza. Wśród wykładanych tu przedmiotów znajduje się m.in. postrzeganie pozazmysłowe. „Zadziwiające, jak wielu osobom udaje się odtworzyć rysunek, którego nigdy nie widzieli” – mówi Ryszard Gąsierkiewicz, dyrektor Studium, który wraz z żoną Agnieszką, psychologiem, bada zjawiska paranormalne. „Prowadzimy też zajęcia, podczas których jeden z uczestników podaje drugiemu dane dotyczące kogoś, kogo zna”. Imię, nazwisko, adres oraz data urodzenia. Mniej więcej w siedmiu przypadkach na dziesięć osoba, której przekazano te informacje, jest w stanie opisać obcy jej przecież „obiekt”, jego wygląd, cechy, choroby. Dokładnie opowiada o człowieku, którego nigdy nie widziała! Oznaczać to może, że każdy z nas ma możliwości takiego niewerbalnego przekazu. Uważa się jednak, że ci, którzy mają nieco mniejszy talent, potrzebują do takiej formy komunikacji drugiej – żywej, skupionej na konkretnej myśli – osoby. Pozostali, a jest ich bardzo niewielu, są w stanie skomunikować się z przedmiotem i, tak jak na zajęciach z Lechem Emfazym Stefańskim, „odczytać” rysunek zamknięty w kopercie. 

Joanna Lamparska
Foto: Corbis
Czytaj więcej w Focus 02/2008

 

Pogadaj z maluchem

text6.jpg
Entuzjaści prześcigają się w argumentach i zachwytach, fora internetowe uginają się pod ciężarem dyskusji, a coraz więcej pełnych zapału rodziców zaczyna ćwiczyć pierwsze słowa ze swoimi kilkumiesięcznymi dziećmi. Ich doświadczenia pokazują, że określenie „niemowlę” jest z gruntu fałszywe – maluchy nie są nieme! Potrafią się porozumiewać, tyle że… językiem migowym. „Julek nauczył się pokazywać, że chce jeść i nawet te sceptycznie nastawione do migania osoby z naszej rodziny, widząc to, zmieniają zdanie” – pisze na forum internetowym Magdalena. „Migam do dziecka od ładnych kilku miesięcy i efekty są zdumiewające. Mały szybko nauczył się znaków (czy migów) i mimo że nie mówił jeszcze, potrafiliśmy się porozumieć. Bardzo polecam. Lena”. „Dzisiaj szłam z synkiem na górę i zapytałam go, czy chce coś jeść, czy już idzie spać, pokazał, że coś zje. Potem zmieniłam mu pieluchę i powiedziałam, że idzie spać, a on potwierdził to, pokazując znak spania. Wcześniej bawił się w pokoju i usłyszał, jak pies zaszczekał na podwórku, więc pokazał znak pieska, a jak dawałam psu jeść, pokazał: pies i jeść. Wieczorem zrobił pa pa i pokazał spać – więc go zaniosłam do łóżeczka. To tylko dzisiejszy dzień, syn ma prawie 16 miesięcy i od pół roku uczę go migania” – pisze inna internautka na forum.PIERWSZY JEST GEST
Ameryka, lata 70. XX w. Psycholog Joseph Garcia, tłumacz amerykańskiego języka migowego i przyjaciel głuchych, zwraca uwagę, że niesłyszący rodzice szybciej porozumiewają się ze swoimi dziećmi niż rodzice słyszący, którzy nie posługują się językiem migowym. Rozpoczyna więc badania na zdrowych dzieciach, próbując wykorzystywać znaki języka migowego do komunikacji już z sześciomiesięcznymi niemowlętami. Tak powstaje metoda Sign2Baby, do Polski przeniesiona i opracowana przez naukowców Uniwersytetu Warszawskiego jako bobomigi. Pozwala na porozumiewanie się z bardzo małymi dziećmi właśnie za pomocą znaków języka migowego. Metoda ta zakłada, że nasz mózg jest gotowy do „rozmowy” dużo wcześniej, niż gdy wypowiadamy pierwsze słowa i zdania (co następuje z reguły w drugim roku życia). Twórcy i zwolennicy bobomigów przytaczają przykłady 8–10-miesięcznych dzieci, które za pomocą znaków pokazywanych dłońmi są w stanie wyrazić swoje pragnienia i emocje. Maluchy opanowują bowiem precyzyjne ruchy rąk stosunkowo wcześnie – gdy tylko są w stanie utrzymać pozycję siedzącą, a więc mniej więcej w ósmym miesiącu. Natomiast kontrolowanie licznych mięśni odpowiedzialnych za proces mówienia jest o wiele trudniejsze. Nic dziwnego, że doskonalenie tej sztuki trwa kilkanaście miesięcy.
TRENING DLA PÓŁKUL
Jednym z koronnych argumentów przemawiających za bobomigami jest specjalizacja półkul mózgowych. W uproszczeniu: lewa zwykle odpowiada za język mówiony, prawa – za myślenie obrazowe. Wizualno-przestrzenny język migowy miałby więc być doskonałym ćwiczeniem synchronizacji obu półkul. Badania wykazują, że dzieci, do których migano w wieku niemowlęcym i wczesnym dzieciństwie, dzięki treningowi mózgu rozwijają się lepiej i szybciej, mają wyższy iloraz inteligencji niż ich rówieśnicy, u których mowa rozwijała się bez języka migowego. Autorka polskiego projektu doktorantka UW Danuta Mikulska dowodzi, że dzięki miganiu i, co za tym idzie, lepszej synchronizacji półkul mózgowych kształtuje się orientacja przestrzenna i koordynacja oko–ręka. Poprawia się też pamięć, rozwija wyobraźnia i zdolność koncentracji, łatwiej przychodzi nauka czytania, pisania, liczenia i do minimum zmniejsza się ryzyko dysleksji.

Patrycjan Nocoń
Foto: RF
Czytaj więcej w Focus 01/2008

 

 

Lubię robić dzieci

textj.jpg

Pierwsza mama Jasia regularnie dostaje zdjęcia od rodziców adopcyjnych. Uśmiecha się na nich ubrany w sukienkę, bo nowa mama wolała dziewczynkę. Ma nadzieję, że jej bobas jest w dobrych rękach. Zdecydowała przecież o całym jego wyglądzie: rysach twarzy, kolorze oczu, skóry i włosów, wzroście i wadze. Nie, nie jest genetykiem. Mariola Majwat-Skrzydelska mieszka we Wrocławiu, a Jaś to stworzony przez nią reborn – lalka, którą łatwo pomylić z prawdziwym dzieckiem. Mariola jest jedną z niewielu osób w Polsce, które kolekcjonują reborny i jedną z kilku, jeśli nie jedyną, które je przekształcają. Tylko ją udało nam się namówić na zdjęcia i rozmowę. Inni kolekcjonerzy wolą się nie ujawniać, a w prasie próżno szukać artykułów na ten temat. Trochę lepiej jest w Internecie. „Wszyscy są zaszokowani, że lalki mogą wyglądać jak żywe dzieci” – przyznaje internautka, która pod nickiem yeterllen wystawia reborny na aukcjach internetowych. „Kobiety są zachwycone, mężczyźni mówią, że to małe trupki, a dzieci, szczególnie te małe, boją się brać je do rąk”. Czytając opisy na aukcjach, trudno czasem rozróżnić, czy mowa o lalce, czy o dziecku. Artystki nazywają siebie pierwszymi mamami, sprzedaż lalki „adopcją”, pracownię „żłobkiem”, a certyfikat unikalności – „aktem urodzenia”. Emocjonalne opisy typu „Addie jest takim dobrym dzieckiem. Lubi przytulanie i swój smoczek, dzięki któremu łatwo zasypia” mieszają z suchymi uwagami na temat tworzywa, z którego wykonana jest lalka. Ceny na Allegro wahają się od 800 do 1500 zł za sztukę, ale jak zapewniają osoby zajmujące się ich sprzedażą, to niewiele w porównaniu z cenami na świecie i możliwościami kolekcjonerów, którzy na amerykańskim eBayu płacą czasem za reborny po kilka tysięcy dolarów. Lalki wykonane są perfekcyjnie, ale to nie oznacza, że śliczne. Im lepszy reborn, tym bardziej przypomina niemowlę, łącznie z niedoskonałościami, takimi jak naczynkowa cera, zmarszczki, białe krostki na nosku lub cieknąca ślinka.

JEDYNY W SWOIM RODZAJU
Ciało lalki jest wykonane najczęściej w silikonie lub soft-winylu. I tak jak z wyglądu dobrze wykonaną lalkę można pomylić z niemowlęciem, to już w dotyku czuć plastik. Duże firmy, takie jak „JC Toys” Salvadora Berenguera, robią kolekcjonerskie lalki ręcznie, od kilku do kilkuset sztuk (z seryjnym numerem i certyfikatem) lub sprzedają zestawy do newborningu, czyli „ożywiania”. W skład każdego z nich wchodzi: główka, kończyny, silikonowy lub materiałowy tułów, na który można nałożyć plastikowe nakładki brzuszka z pępkiem lub pośladków. Natomiast reborning to proces „odradzania”, czyli przekształcania gotowej lalki, którą trzeba rozłożyć na części, oczyścić z farby, zeszlifować sztuczne wypukłości. Na wykonanie jednego egzemplarza trzeba czasem poświęcić kilka dni. Farbę nakłada się wewnątrz lalki, by nadać jej odpowiedni kolor. Jeśli zrobi się to nieumiejętnie, będzie miała trupi odcień skóry. Potem maluje się lalkę na zewnątrz: zmatowia farbami skórę i urealistycznia ją, domalowując żyłki i plamki, trzeba też pomalować paznokcie i usta. Jeśli reborn ma otwarte oczy, dokleja się plastikowe gałki oczne, jeśli są zamknięte – tylko rzęsy. Najtrudniejszy moment to aplikowanie pojedynczych moherowych włosków. Potrzeba nie tylko cierpliwości, ale i zdolności, by wyglądały naturalnie. Na koniec wypełnia się wszystkie części lalki, by ważyła tyle, ile prawdziwe dziecko i główka „leciała” jej do tyłu. Nosy przekłuwa się rebornom symbolicznie, „żeby mogły oddychać”. Efekt końcowy to OARB – z ang. One of A Reborn Baby, czyli jedyny w swoim rodzaju reborn.

JA ICH NIE TULĘ
Na swoich stronach internetowych mamy rebornów przyznają, że nabywały umiejętności latami, a pierwsze ich dzieci były pokraczne. W Niemczech i USA organizuje się wystawy i konkursy rebornów. W Polsce zainteresowanie jest na razie niewielkie. To hobby drogie, bo ceny kolekcjonerskich zestawów i farb są niemal równie wysokie jak gotowych lalek. Do tego dochodzą opłaty celne, ponieważ wszystko trzeba sprowadzać z zagranicy. Roma z Bydgoszczy zbiera lalki od lat, w swojej kolekcji ma już 50 egzemplarzy, w tym wiele rebornów. Każda lalka dostała ubranko i maskotkę, każda jest wyeksponowana w innej części mieszkania. „Kiedyś nie było takich cudeniek i nadrabiam braki z dzieciństwa. Jednak niektóre panie, które mają dzieci, a czasem nawet wnuki, okazują rebornom uczucia. Ja je traktuję jak lalki – nie całuję, nie tulę”. Również yeterllen przyznaje, że reborny kupują albo „panie, które już odchowały swoje dzieci, a zapragnęły potulić w ramionach maleństwo, albo panienki 14-, 15-letnie, których instynkt macierzyński już się obudził”. Lalki są też kupowane do szkół rodzenia lub dla żartu, żeby kogoś nabrać. W niektórych szkołach pomagają nastolatkom w nauce macierzyństwa. „Miałam takie plastikowe maleństwo. Ten czas wiele mnie nauczył” – przyznaje jedna z uczestniczek szkolnej akcji, podczas której reborny można było zabrać na weekend do domu.

 

Magda Godlewska
Foto: Magda Godlewska
Czytaj więcej w Focus 12/2007

 

 

Zemsta? Ludzka rzecz

d.jpg

Mali chłopcy zanim zasną, często wyobrażają sobie swoje przyszłe życiowe role. Od jawy do sennych marzeń podążają zwykle drogą samotnego mściciela. Cudownie by było – myślą sobie – gdyby ktoś (dzicy Indianie, bezlitośni rozbójnicy, okrutni piraci, wstrętni gestapowcy, skośnoocy ninja) napadł na nasz dom, a my pognalibyśmy za złoczyńcami i sprali ich na kwaśne jabłko. Jakże cudowna myśl, prawda? Nie przypadkiem zemsta to ulubiony motyw literatury przygodowej i filmu awanturniczego. Zemsta jest słodka, a owa słodycz wynika wprost z mechanizmów, w jakie wyposażyła nas Natura.

ZEMSTA SPAJA JAK KLEJ
Uczonych od dawna zajmował problem, który w języku nauki określa się mianem altruistycznego wymierzania kary. Sprowadza się on do następującego pytania: dlaczego karzemy ludzi, którzy nadużyli naszego zaufania albo złamali obowiązujące normy, nawet jeśli nie czerpiemy z tego żadnej praktycznej korzyści? Odpowiedź brzmi: ponieważ sprawia nam to przyjemność. W 2004 roku zespół pod kierownictwem Ernsta Fehra z uniwersytetu w Zurychu przeprowadził ciekawe doświadczenie. Badacze skanowali za pomocą tomografu pozytronowego mózgi mężczyzn, których poproszono o zainwestowanie pieniędzy – oczywiście na niby. Jeśli któryś z graczy dokonywał samolubnego wyboru, zamiast wykonać ruch, który przyniósłby zyski wszystkim uczestnikom gry, mężczyźni mogli go ukarać. I robili to z przyjemnością. Okazało się bowiem, że w momencie karania największą aktywność wykazują obszary ich mózgów, odpowiedzialne za radość i satysfakcję. Fehr sądzi, że czerpanie satysfakcji z karania innych ludzi to klej spajający społeczeństwo. Zemsta jest zatem – zdaniem uczonych – podstawą porządku społecznego. Bez niej społeczności rozsypałyby się w proch. Przyjemność zemsty jest zakodowana w naszych genach. Mamy zaprogramowane pewne „intuicje moralne”, które niewiele się różnią od „intuicji moralnych” szympansów. Nie musimy się ich uczyć, wszędzie na świecie są takie same. Ludzkie społeczeństwa różnią się od grup innych ssaków naczelnych tym, że muszą współpracować z całą masą niespokrewnionych osób. W takiej ciżbie zdarzają się oszuści, zwani w teorii ewolucji „wolnymi jeźdźcami”. Ludzie, tak jak inne naczelne, działają według idei „pomogę ci, jeśli i ty mi pomożesz”. Chodzi o wymianę przysług, czyli „altruizm odwzajemniony”. Na tej zasadzie opierają się wszelkie sojusze międzyludzkie. Zawsze jednak istnieje ryzyko, że ktoś będzie czerpał z sojuszu korzyści bez ponoszenia kosztów. Inaczej mówiąc, niektórzy nigdy nie odwzajemniają pomocy. Takie właśnie indywidua nauka określa mianem wolnych jeźdźców. Ich eliminacja ma podstawowe znaczenie dla życia w grupie. Wyobraźmy sobie grupę zwierząt, w której jeden z członków to taki wolny jeździec. Kiedy jest w niebezpieczeństwie albo w potrzebie, inni przychodzą mu z pomocą. Ponoszą przy tym koszty – ryzykują dla niego życiem, oddają mu część cennego pożywienia. A on? Skurczybyk cieszy się z tych przysług, ale nigdy ich nie odwzajemnia. Oczywiście należy go ukarać, natomiast chętnego do współpracy – nagrodzić. Wolni jeźdźcy są karani poprzez odmowę dalszych przysług. Nie otrzymają na przykład pomocy, gdy będą jej potrzebować. Wet za wet. Kłopot w tym, że taka kara jest dla oszusta za słaba. Gdy odmówi mu się współpracy, on przespaceruje się do innej grupy, w której go jeszcze nie znają. Dlatego w ludzkich społecznościach, gdzie tego rodzaju zachowania są możliwe, karze się wolnych jeźdźców znacznie ostrzej niż tylko odmową współpracy. Słynna zasada „oko za oko”, sformułowana w roku 1750 p.n.e. w kodeksie Hammurabiego, jest pewnego typu wariacją strategii wet za wet, polegającą na wyrządzaniu krzywdy za krzywdę (w strategii „wet za wet” chodzi o oddawanie przysług za przysługi). Strategia oko za oko, która funkcjonuje w wielu miejscach świata niezależnie od obowiązującego prawa, ma zasadniczą wadę: mściciel bierze na siebie wyłączny koszt karania oszustów, choć zyski przysługują także i tym, którzy nie brudzą sobie rąk. Mściciel natomiast zyskuje prestiż – i to właśnie o nim marzą chłopcy śledzący wyczyny wielkich mścicieli.

PASTERZE HONORU
W roku 1996 antropologowie Richard Nisbett i David Cohen zauważyli, że zemsta jest znacznie ważniejsza dla ludów pasterskich niż dla ludów rolniczych, natomiast pośród łowców- zbieraczy prawie nie występuje. Badacze ci sformułowali teorię „kultury honoru”. Populacje pasterzy żyją zazwyczaj w nieprzyjaznym i niezbyt bogatym środowisku. Wiodą życie z dala od sąsiadów, których zresztą jest niewielu, łatwo ich więc ograbić. Jeśli jednak wyrobią sobie opinię okrutnych mścicieli, mogą zniechęcić potencjalnych napastników. W takich warunkach rodzi się kultura, która nie opiera się na skodyfikowanym prawie, lecz na honorze, który trzeba chronić poprzez agresywne odwzajemnianie zniewag.

RODOWÓD MAFIOSA
Zupełnie inaczej jest w społecznościach rolniczych. Tutaj własności broni prawo (w kulturach honoru nieobecne albo niezbyt ważne i po prostu nieprzestrzegane), a ludzie żyją na mniejszym terenie i w bezpośredniej bliskości. W takich warunkach trudniej coś ukraść, bo własność jest lepiej chroniona. Żeby przetrwać, nie trzeba pozować na bezwzględnego mściciela. Natomiast łowcy-zbieracze żyją z tego, co znajdą i upolują, nie eksploatując zanadto przyrody. Efektem jest nadwyżka zasobów, która nie każe im narażać życia. Dlatego „kultura honoru” nie występuje w tego rodzaju społecznościach niemal nigdy, a ludzie niechętnie się mszczą. W roku 1971 antropolog Robert B. Egerton przebadał cztery społeczności wschodnioafrykańskie i zauważył, że pasterze są bardziej agresywni od rolników. On także, choć tak tego nie nazywał, odkrył u pasterzy „kulturę honoru”, zmuszającą osobnika do radykalnego pomszczenia doznanej krzywdy. Do podobnych wniosków doszła w 2003 roku czwórka amerykańskich i meksykańskich badaczy pod wodzą Aurelio Figureido, którzy zbadali dodatkowo specyficzną grupę środkowo- i południowoamerykańskich rybaków. Okazało się, że zachowują się oni podobnie jak pasterze – chronią swoje zasoby i terytorium przed inwazją obcych, wypracowując sobie opinię bezwzględnych mścicieli. To pozwala sądzić, że znani z gangsterskich filmów sycylijscy mafiosi są potomkami biednych pasterzy, którzy siłą musieli bronić skromnych dóbr. Kultura zemsty pojawia się wszędzie tam, gdzie ludziom doskwiera bieda. Czasem jednak, siłą rozpędu, kwitnie nawet w dobrobycie.MIT MŚCIWEGO BABSZTYLA
We wszystkich społecznościach przebadanych przez antropologów zemsta jest domeną mężczyzn. Ale w wielu kulturach – także w naszej – pokutuje przekonanie, że namawiają do niej mściwe i pamiętliwe kobiety. Badacze pod wodzą Barbary Lopes Cardozo z Narodowego Centrum Kontroli Zdrowia w Atlancie przebadali uczucia nienawiści i chęć zemsty pośród Albańczyków z Kosowa tuż po wojnie z Serbami. Uczeni dotarli do 593 gospodarstw domowych i do 1400 respondentów, zadając im m.in. takie pytania: czy miewasz fantazje na temat wzięcia odwetu po tym, co spotkało twoją rodzinę i ciebie w czasie wojny? czy sądzisz, że te nienawistne uczucia mogłyby się zamienić w czyn? czy mógłbyś się zemścić naprawdę? Okazało się, że tuż po wojnie o Kosowo o zemście marzyła ponad połowa mężczyzn i 42 proc. kobiet. Pośród tych, którzy żywili nienawiść, z chęcią zemściłoby się naprawdę 64 proc. mężczyzn i 49 proc. kobiet. Co ciekawe, z upływem czasu chęć ta nieco przechodzi mężczyznom, ale nie kobietom. Rok później deklarację powtórzyło 45 proc. mężczyzn (o 20 proc. mniej), w wypadku kobiet zaś odsetek chętnych do zemsty nawet wzrósł i wynosił 50 proc. Wygląda na to, że nienawiść, jaką budzą agresorzy, jest u kobiet znacznie silniejsza i trwalsza. To one są gwałcone, to ich mężów zabiera się na wojnę, dzieci giną na ich oczach. Dlatego kobiety nienawidzą dłużej i mocniej, do końca życia noszą w sobie chęć zemsty. Socjologowie zauważyli już dawno, że nawet u dziewczynek niechęć do „zdrajczyń” utrzymuje się długo i nie pozwala kobietom w dorosłym życiu funkcjonować sprawnie poza gromadką zaufanych „psiapsiółek”. Kobiety noszą w sobie nienawiść i chęć zemsty dłużej niezależnie od warunków kulturowych, czego z pewnością nieraz doświadczyli mężczyźni, którzy wobec tych kobiet coś przeskrobali. Ta „ciemna” cecha niewiast dziwi, kiedy przyjrzymy się wynikom badań nad poczuciem satysfakcji czerpanej z karania oszustów, które w roku 2006 przeprowadzili uczeni z University College w Londynie pod wodzą Tani Singer. Ich eksperyment pokazuje, że kobiety – w przeciwieństwie do mężczyzn – nieszczególnie nadają się do roli kata. Pomiędzy 32 ochotników płci obojga badacze wprowadzili czwórkę aktorów, nie zdradzając ich prawdziwej tożsamości. Wszyscy mieli zagrać w grę polegającą na inwestowaniu pieniędzy. Podobnie jak w wypadku eksperymentu Ernsta Fehra, w czasie badań połowa aktorów wyrobiła sobie reputację ludzi grających fair, podczas gdy pozostali zyskali miano oszustów. Następnie aktorom badacze zaserwowali serię wstrząsów elektrycznych (na niby, rzecz jasna!), jednocześnie obserwując reakcje ludzi, uczestniczących w eksperymencie. Monitoropoczuwano aktywność ich mózgów za pomocą tomografii pozytronowej. Kiedy „pod prądem” byli aktorzy odgrywający role uczciwych graczy, zarówno kobiety, jak i mężczyźni reagowali podobnie – wysoką aktywność wykazywały obszary mózgów odpowiedzialne za uczucie bólu. Kiedy jednak traktowano prądem wolnych jeźdźców – aktorów, którzy oszukiwali w trakcie gry – kobiety reagowały inaczej niż mężczyźni. Panowie czerpali niekłamaną przyjemność z oglądania tortur. Tomograf ukazywał z zabójczą precyzją nagły skok aktywności w tzw. ośrodku nagrody. Tymczasem kobiety współczuły oszustom tak samo, jak wcześniej zamartwiały się kiepskim losem niesprawiedliwie ukaranych. Komentując wyniki własnych badań, Tania Singer stwierdziła, że mężczyźni wykazują większe pragnienie zemsty i wydają się czerpać większą od kobiet satysfakcję, kiedy oszustów spotyka okrutna, acz „sprawiedliwa” kara. Kobiety natomiast są bardziej pamiętliwe i skłonne do zemsty nawet po latach, tak jak w przypadku sponiewieranych kosowskich Albanek. Jak tedy pogodzić ze sobą te dwa, wydawałoby się, sprzeczne doniesienia uczonych? Widocznie kobiety tak jak mężczyźni odczuwają chęć zemsty, jednak kiedy dojdzie do jej realizacji i ofiara zaczyna cierpieć – współczują i wycofują się z odwetu. Dlatego spór między dwiema zwaśnionymi stronami szybciej załagodzą kobiety niż mężczyźni. Ci ostatni nie zawahaliby się przed użyciem siły wobec znienawidzonego wroga, kobiety – w ostatniej chwili powstrzymałyby się od przemocy.
 

Tomasz Szlendak
Foto: Shutterstock
Czytaj więcej w Focus 12/2007

Napisz odpowiedź